poniedziałek, 12 listopada 2012

"Lustrzane odbicie" Audrey Niffenegger

Wydawnictwo: Nowa Proza
Oprawa: miękka
Ilość stron: 532
Moja ocena: 6/6

Zekranizowaną powieść Audrey Niffenegger przeczytałam w wydaniu zatytułowanym "Żona podróżnika w czasie", czyli najwierniej przetłumaczonym z oryginału, ładnych parę lat temu. Książka zajęła wyjątkowe miejsce nie tylko na półce mojej biblioteczki, ale dołączyła do grona pozycji, które wywarły na mnie największe wrażenie. Film nawet w połowie nie oddał atmosfery tej niezwykłej opowieści o miłości i więzi, przekraczającej granice czasu, wszelkie granice. Z wielką ciekawością sięgnęłam po drugą, przełożoną na język polski, powieść pani Niffeneger. I nie zawiodłam się. Historia dwóch pokoleń bliźniaczych sióstr - Edie i Elspeth oraz Julii i Valentiny -  a także postaci związanych z ich losami - pochłonęła mnie bez reszty. Niezwykła jest też  atmosfera wiktoriańskiego cmentarza Highgate, sąsiadującego z londyńskim domem Elspeth oraz postać ekscentrycznego sąsiada Martina, nękanego różnymi natręctwami i chorobą przypominającą agorafobię. No i oczywiście nie brak tu skrzętnie ukrywanych, mrocznych tajemnic. "Lustrzane odbicie" to powieść pełna niespodzianek, z zaskakującym zakończeniem, przepełniona niesamowitością i nadprzyrodzonymi zjawiskami. To powieść o niezwykłej więzi "lustrzanych bliźniąt", o poświeceniu, wyrzeczeniach a przede wszystkim o miłości nie tylko "po grób", ale przekraczającej granicę życia i śmierci. To wreszcie powieść skłaniająca do refleksji, pełna metaforycznych znaczeń. Moim zdaniem, urzekająca. Przypadnie na pewno do gustu tym, którzy lubią w trakcie lektury szukać znaczeń ukrytych między wersami i tym, których nie przerażają snujące się po pokojach i żyjące własnym, niematerialnym życiem, duchy.

czwartek, 20 września 2012

"Czy to się nagrywa?" Tomasz Pindel

Wydawnictwo: Świat Książki
Oprawa: miękka
Ilość stron: 320
Moja ocena 5/6

"Czy to się nagrywa?" należy do nielicznych pozycji, których lektura przyprawiła mnie o śmiech do łez.  Przezabawna historia opowiedziana z perspektywy wielu postaci w różny sposób związanych z rządowym programem "Żona dla Polaka. Mąż dla Polki". Celem programu jest skojarzenie w pary samotnych singielek z dużych miast i kawalerów z obszarów wiejskich. I tak Gaba, Karolina i Eliza wyjeżdżają do zapadłej wsi Garb w powiecie jasielskim, by tam odbyć (zgodnie z planem i wskazówkami zdobytymi podczas szkoleń) "romantyczne" spotkanie z Franciszkiem, Zygmuntem i Stanisławem. Czy będzie to jedyna randka? Czy da się pogodzić sposób życia wielkomiejskich kobiet, ich przyzwyczajenia, gusty, sposób postrzegania świata z mentalnością starych kawalerów ze spokojnej, sielskiej wioski? Sprawy w pewnym momencie przybiorą całkowicie nieoczekiwany dla wszystkich obrót. Co z tego wszystkiego wyniknie ( a wyniknie i to sporo!)?
"Czy to się nagrywa?" napisane zostało w konwencji wywiadów, dzięki czemu "żywy" język bohaterów nadaje wiarygodności całej relacji. Indywidualizacja języka i rożne punty widzenia sprawiają, że historia jest momentami naprawdę przekomiczna. Polecam te książkę wszystkim, którzy nie są pozbawieni poczucia humoru i nie zrażą ich liczne (aczkolwiek momentami tez wywołujące komiczny efekt) wulgaryzmy w wypowiedziach niektórych bohaterów :) Wszak to relacja niemal "na żywo", pełna niepohamowanych emocji !

czwartek, 16 sierpnia 2012

"Sekretne składniki miłości" Nicolas Barreau

Wydawnictwo: Bukowy Las
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 268
Moja ocena: 5,5/6

    Od czego by tu zacząć? Może od tego, że "Sekretne składniki miłości" to powieść niezwykle urokliwa, urzekająca, ale nie banalna. Momentami przewidywalna, ale czy nie jest czasem miło, gdy nasze przewidywania (zwłaszcza pozytywne) potwierdzają się i dają satysfakcję, gdyż właśnie takiego obrotu spraw bądź zakończenia pragnęliśmy?
   Głównych bohaterów tej powieści jest w zasadzie dwoje i z perspektywy obojga poznajemy historię, opowiedzianą z wdziękiem, ciepłem i humorem. Paryżanka Aurelie Bredin w pewien listopadowy poniedziałek, wędrując zrozpaczona uliczkami miasta, trafia do księgarni w której jej uwagę przykuwa książka "Sekretne składniki miłości". Kiedy Aurelie zagłębia się w lekturę, okazuje się, że zakończenie powieści rozgrywa się w należącej do nie restauracji Le Temps des Ceries, a kobieta, w której zakochuje się narrator, choć ma na imię Sophie, wygląda zupełnie tak jak ona i ubrana jest dokładnie w taka samą sukienkę, jaką Aurelie ma w swojej szafie. Zaintrygowana, postanawia za wszelką cenę dotrzeć do autora powieści i dowiedzieć się, czy ta zbieżność jest wyłącznie dziełem przypadku (w który Aurelie, nawiasem mówiąc, zupełnie nie wierzy). Znaleziona w księgarni tajemnicza książka pozwala naszej bohaterce uporać się z osobistym dramatem, zaś poszukiwanie autora - Roberta Millera - samotnego Anglika, żyjącego w wiejskim domku w towarzystwie swojego ukochanego psa, przywiedzie nasza bohaterkę do drzwi pewnego redaktora, pracującego w wydawnictwie, gdzie Miller opublikował "Sekretne składniki miłości". Andre Chabanais, bo tak nazywa się ów redaktor, będzie drugim narratorskim głosem i poznamy również jego punkt widzenia na całą, jak się okaże, bardzo zagmatwaną historię.
Powieść przeczytałam jednym tchem.  Zarówno opowiedziana tu historia, jak i osadzone w niej postaci, zostały skonstruowane tak, że intrygują, stają się bliskie odbiorcy, a przez to książkę czyta się lekko i przyjemnie, bez cienia znużenia. Brawo dla 32 letniego autora, Paryżanina, który oprócz tego, że świetnie pisze, na co dzień zajmuje się pracą w księgarni :) Chętnie sięgną po inne jego utwory. Polecam !

wtorek, 31 lipca 2012

"Sekretny język kwiatów" Vanessa Diffenbaugh

Wydawnictwo: Świat Książki
Oprawa: miękka
Ilość stron: 400
Moja ocena: 5,5/6

Piękna okładka i pięknie opowiedziane przez Vanessę Diffenbaugh historia. Jednak nie słodka i cukierkowa lecz pełna prawdy o ludzkiej samotności, odrzuceniu, wpływie traumatycznych przeżyć z dzieciństwa na nasze dorosłe życie, na umiejętność budowania relacji z innymi ludźmi. Główną bohaterką powieści jest Victoria, którą poznajemy w momencie, gdy osiąga pełnoletność. w związku z tym musi opuścić sierociniec i rozpocząć dorosłe życie na własną rękę. Nie jest to łatwe dla dziewczyny zadanie, tym bardziej, że całe jej dotychczasowe życie upłynęło na tułaczce pomiędzy rodzinami zastępczymi i sierocińcami. Zbuntowana, agresywna, aspołeczna - taka opinia przylgnęła do zagubionej, przez nikogo nie kochanej dziewczynki, co spowodowało, że nigdzie nie zagrzała miejsca na dłużej. Aż do momentu, gdy Meredith, jej opiekunka społeczna, zawiozła ja do kolejnego domu zastępczego - do niejakiej Elizabeth. Tutaj dziewczynka po raz pierwszy czuje się bezpieczna, obdarzona zainteresowaniem Elizabeth, otoczona jej troską. Dzięki swojej nowej opiekunce poznaje sekretny język kwiatów, który od tej pory będzie jej służył do wyrażania uczuć, jakich nie jest zdolna okazywać w inny sposób. Wreszcie w życiu Victorii pojawia się szansa na miłość, akceptację, dom... Dlaczego więc Victoria w dniu 18 urodzin opuszcza sierociniec? Co sprawiło, że losy dziewczynki znów uległy komplikacji? I jak potoczy się jej życie, gdy postawi pierwsze samodzielne kroki w dorosłe życie? Jakie znaczenie odegrają w nim kwiaty i postać Granta, który podobnie jak Victoria, potrafi posługiwać się sekretnym językiem roślin?
Powieść Vanessy Diffenbaugh czyta się jednym tchem. Historia snuje snuje się w dwóch płaszczyznach czasowych. Śledzimy poczynania bohaterki po opuszczeniu przez nią sierocińca, ale mamy również retrospektywny wgląd w jej przeszłość, zwłaszcza w kluczowy dla jej życia moment pobytu w domu Elizabeth. Niełatwe losy bohaterki zaskakują i skłaniają do głębokich refleksji o ludzkim życiu, samotności, macierzyństwie, trudnych wyborach i konsekwencjach popełnianych błędów. Przeciwwagą jest urzekająca, magiczna moc kwiatów, którą Victoria potrafi wykorzystać nie tylko do wyrażania uczuć, ale też do wpływania na losy tych, których obdarowuje swoimi niezwykłymi bukietami.  Gorąco polecam tę pozycję!

wtorek, 24 lipca 2012

"Podarunek" Cecelia Ahern

Wydawnictwo: Świat Książki
Oprawa: miękka
Ilość stron: 315
Moja ocena: 6/6

Powieść Cecelii Ahern przeczytałam jednym tchem. Będąc świeżo po lekturze, mogę określić ją mianem urzekającej, nieco smutnej, bardzo refleksyjnej i mądrej. W tej, na poły baśniowej opowieści, autorka zawarła całą prawdę o wielu z nas, naszym życiu, nieumiejętności wykorzystywania tego, co daje nam los, odróżniania tego, co najważniejsze od spraw o wiele mniej istotne.
Opowiedziana przez autorkę historia rozgrywa się we współczesnym Dublinie. Lou Suffern ma wszystko: piękną, mądrą i wyrozumiałą żonę, dwójkę ślicznych dzieci, imponujący dom w miejscu, o którym zawsze marzył, luksusowy samochód, świetną pracę, ubrania od najlepszych projektantów i markowe gadżety. Prężnym krokiem pnie się po szczeblach kariery. Nie ma tylko jednego: czasu, by cieszyć się tym wszystkim a zwłaszcza bliskością rodziny, z którą widuje się tylko późnymi wieczorami. Pewnego zimnego dnia, kierując się jakimś nieokreślonym uczuciem, przystaje obok bezdomnego, którego mija codziennie w drodze do pracy,  oddaje mu swój kubek z gorącą kawą i zaczynają pogawędkę. Tak Lou poznaje Gabe'a. Odtąd  życie zabieganego pracoholika  zacznie ulegać przemianom. Za kubek ciepłej kawy Gabe odwdzięczy się bowiem niezwykłym podarunkiem... Kim jest tajemniczy bezdomny i jaki wpływ wywrze na życie Lou i jego rodziny ?
Powieść Cecelii Ahern to subtelnie i sugestywnie wyłożona lekcja, w której "można znaleźć wspólny mianownik, łączący nasz wszystkich, niczym łańcuch" (s.315). Gorąco polecam tę pozycję wszystkim, nie tylko tym, którzy, jak główny bohater, zapomnieli, co w życiu jest najważniejsze!

poniedziałek, 23 lipca 2012

"Ostatnie fado" Iwona Słabuszewska - Krauze

Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Oprawa: miękka
Ilość stron: 317
Moja ocena: 4,5/6

Powieść Iwony Słabuszewskiej - Krauze została napisana z wnikliwością i zmysłem obserwacji godnym dziennikarki i socjologa, ale też z dużą dozą uczuć i ciekawych refleksji. Główna bohaterka, Alicja, to kobieta samotna, niezależna i samowystarczalna. Mieszka i pracuje w Dublinie, ale co jakiś czas przyjeżdża do kraju w odwiedziny do swoich bliskich. Podczas jednej z wizyt u wuja Dominika, podróżnika i niebieskiego ptaka, znajduje w skrzyni z jego pamiątkami miłosny list od tajemniczej Rosy. Wuj nie chce wyjawić  szczegółów związanych z korespondencją, ale widocznie list Rosy porusza w jego duszy jakaś czułą strunę, gdyż przed wyjazdem wręcza Alicji list zaadresowany do owej Rosy, z prośbą by wysłała go z Dublina. Zaintrygowana prośbą wuja i tajemnicą, którą przed nią skrywa, Alicja postanawia pojechać do Lizbony, odnaleźć Rosę i osobiście wręczyć jej list. Podróż do serca Portugalii staje się dla niej okazją do poznania sekretu wuja, magicznej mocy fado, niezwykłej postaci Fernando Pessoa oraz samej siebie, swoich skrywanych pragnień i uczuć. 
Powieść pani Słabuszewskiej - Krauze czyta się bardzo przyjemnie, opisy Lizbony urzekają, historia związana z Rosą Moreto intryguje. Zamysł ciekawy, realizacja również, ale czytając "Ostatnie fado" miałam wrażenie, że ogólna koncepcja opowieści jest jakby niespójna. Historia Alicji przeplatana jest historiami mieszkańców Lizbony - Pedra, Antonia, Joany - co miało służyć chyba jedynie urozmaiceniu fabuły. Ponadto teraźniejszość przeplatana jest historią poety, wspomnianego już Fernando Pessoa, który żył i tworzył na początku XX wieku. Jego postać wiąże się z postacią głównej bohaterki poprzez fakt, iż kupuje ona, napisany przez Pessoę przewodnik po Lizbonie z początku wieku i sugerując się opisami poety z początku wieku, zwiedza miasto. Ponadto po zakończeniu lektury pozostają pytania bez odpowiedzi: co stało się z Dominikiem, jak potoczyły się losy Rosy Moreto, co wreszcie zawierał motyw przewodni tej historii - list ? Być może zamysłem autorki było właśnie postawienie przed czytelnikiem pytań, na które nie miał znaleźć odpowiedzi, ale we mnie pozostawiło to uczucie niedosytu i zawodu, gdyż pytania te, według mnie, dotyczyły kluczowych dla fabuły treści.

niedziela, 15 lipca 2012

"Lilka" Małgorzata Kalicińska

Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
Oprawa: miękka
Ilość stron: 520
Moja ocena: 4/6

O ile trylogię Kalicińskiej o losach mieszkanek domu nad rozlewiskiem przeczytałam jednym tchem i mimo licznych niepochlebnych opinii, uważam ją za lekturę urzekającą, wyzwalająca w czytelniku pozytywne emocje, o tyle "Lilka" pozostawiła we mnie pewien, ze tak to nazwę "niesmak". Czytało się ją również bardzo lekko, co jest zasługą prostoty języka pani Kalicińskiej oraz konstrukcji bohaterów, którzy przez swoją zwyczajność stają się od pierwszych kart powieści, bliscy i niejako "swojscy'. Fabuła pochłania i sprawia, że chce się jak najszybciej poznać dalsze losy bohaterów. Skąd więc ów "niesmak"? Chyba  głównie  z  nagromadzenia  nieszczęść,  których  jak   dla mnie, w   jednej   historii  było   aż   nadto.   Gwałty,   choroby,   niejedna
śmierć, zdrada, utrata męża i poniekąd syna -  samo życie, a jednak po zakończeniu lektury czułam przygnębienie, smutek i jakiś nieokreślony niepokój. Niby główna bohaterka powieści jakoś stawia czoło wszystkim nieszczęściom, które spotykają ją i jej bliskich, a ostatnie jej słowa tchną optymizmem, jednak dla mnie owych czarnych chwil było zbyt wiele. Miałam wrażenie jakby autorka napisała tę powieść w odpowiedzi na zarzuty o sielankowość cyklu znad rozlewiska. Jakby chciała za wszelką cenę udowodnić, że potrafi  pisać również o ludzkim nieszczęściu, i jakby przebrała w tym udowadnianiu miarę.

środa, 4 lipca 2012

"Smutny to oręż, co nie broni się słowem" Marina Mayoral

Wydawnictwo: MUZA SA
Oprawa: miękka
Ilość stron: 132
Moja ocena: 4/6

Książka Mariny Mayoral  to opowieść o losach hiszpańskiej rodziny rozdzielonej przez wojnę domową. Carmina i Miguel, walczący w szeregach republikanów, oddają swoje dwie córeczki - dwunastoletnią Harmonię oraz sześcioletnią Rosę - do domu sierot. Stamtąd dziewczynki zostają wysłane, wraz z innymi dziećmi z sierocińca, do Rosji, co ma zapewnić im bezpieczeństwo i przetrwanie zawirowań wojennych.  Co stanie się z dwiema małymi dziewczynkami, rzuconymi przez los z dala od najbliższych oraz rodzinnego domu? Czy rodzinie wraz z końcem wojny domowej uda się połączyć i wieść szczęśliwe życie?
Historia Mariny Mayoral, opowiedziana na zaledwie stu trzydziestu stronicach, bez wątpienia zaciekawia i wzrusza. Skłania też do refleksji na temat wojny i wyborów dokonywanych przez ludzi. Co powinno być ważniejsze - ideały czy rodzina, poglądy polityczne, czy najważniejsza w życiu rola - rodzica? Książkę czyta się bardzo szybko, nie tylko ze względu na jej objętość, ale też przez wzgląd na prosty język i brak rozległych opisów. Dostajemy nakreślony, jak gdyby naprędce, zarys dramatycznych losów czwórki ludzi, okraszony tylko krótkimi, aczkolwiek sugestywnymi opisami przeżyć. I to, w moim przypadku, sprawiło, iż po skończonej lekturze, miałam uczucie niedosytu. Ale to tylko moje subiektywne odczucie. Być może dla niektórych zamknięcie tej historii w tak krótkiej formie, będzie jej atutem. 

wtorek, 3 lipca 2012

"Dom Kalifa. Rok w Casablance" Tahir Shah

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Oprawa: miękka
Ilość stron: 461
Moja ocena: 6/6

     Dziesięć minut temu skończyłam czytać "Dom Kalifa" i jestem pod wielkim wrażeniem. Nie bez powodu powieść ta została uznana za "Time Magazin" za jedną z najlepszych książek roku. Historia, oparta na autentycznych przeżyciach autora, Tahira Shaha, pochłonęła mnie całkowicie. Shah, angielski pisarz, reżyser i podróżnik, urodzony w afgańsko - angielskiej rodzinie, postanowił przeprowadzić się wraz z żoną i dwójką dzieci do Maroka. W swojej powieści opisuje rok w Casablance, gdzie kupił niezwykły dom z duszą zwany "Domem Kalifa". Postanawia przeprowadzić gruntowny remont pięknej posiadłości, położonej w samym sercu bidonville, czyli dzielnicy slumsów. Tahir chce  przywrócić domowi dawną świetność, a swoim najbliższym stworzyć miejsce, w którym każdy z nich będzie mógł żyć swobodny, wolny od "wiktoriańskich zasad", którymi spętana była jego rodzina, żyjąc w małym londyńskim mieszkaniu. Thair kupuje dom z trzema dozorcami, którzy pracowali tu niegdyś. Uświadamiają mu oni już od pierwszego momentu, że nabywając Dom Kalifa, podjął się niełatwego zadania. Dlaczego? Gdyż dom zamieszkują dżinny, a wśród nich wiedzie prym dżinn żeński - niejaka Kadisza.Okazuje się, że odtąd życie Tahira i jego rodziny podporządkowane będzie całkowicie dżinnom, a raczej Marokańczykom, którzy bez cienia wątpliwości w nie wierzą. Zderzenie dwóch odmiennych kultur, dwóch światów, całkowicie różnych mentalności, będzie źródłem wielu nieporozumień i kłopotów nowych właścicieli Domu Kalifa. Czy uda im się je pokonać? Jak odnajdą się w nowej, całkowicie odmiennej dla nich, rzeczywistości?
      Wraz z autorem odbędziemy fascynującą wędrówkę w świat kultury całkowicie różnej od europejskiej , poznamy wierzenia, przesądy, zwyczaje Marokańczyków. Przed naszymi oczyma przewinie się plejada nietuzinkowych postaci. A wszystko to opowiedziane w niezwykle barwny i nie pozbawiony humoru sposób.  "Dom Kalifa" to nie tylko egzotyka, to także tchnąca optymizmem historia ludzi, którzy nie boją się spełniać swoich marzeń i walczyć o nie. Autor tak oto podsumowuje pierwszy, bardzo trudny rok pobytu w nowym kraju: " To była twarda lekcja, ale doszedłem do wniosku, że życie pozbawione twardych lekcji w ogóle nie jest życiem. "
     A oto malutki fragmencik, aby zapoznać się z głównymi sprawcami całego zamieszania: "Muzułmanie wierzą, że kiedy Bóg stworzył ludzi z gliny, z ognia stworzył także inne istoty - dżinny, które żyją na ziemi w różnych wcieleniach. Rodzą się, żenią, mają dzieci i umierają tak samo jak my. Na ogół są dla nas niewidzialne, ale mogą przybierać dowolne kształty i zazwyczaj pojawiają się po zmierzchu pod postacią kotów, psów bądź skorpionów. Istnieją dobre dżinny, ale większość z nich to duchy złośliwe. Najbardziej lubią zadawać komuś cierpienie w odwecie za wyimaginowane krzywdy i niewygody, jakich doznają od ludzi" (s.25)
Gorąco polecam !!!

poniedziałek, 2 lipca 2012

"Lily" Suzanne Strempek Shea

Wydawnictwo: ZYSK i S-KA
Oprawa: miękka
Ilość stron: 240
Moja ocena: 4/6

     "Lily" to moje pierwsze spotkanie z prozą Suzanne Strempek Shea. I muszę przyznać, że spotkanie dosyć przyjemne, gdyż książka emanuje ciepłem i optymizmem. Główna bohaterka, Lily Wilk, w dniu swoich 10 urodzin otrzymuje pudełko z zestawem do rysowania oraz instrukcją, opatrzoną tekstem: "Narysuj linię. Narysuj koło. Narysuj kwadrat. Nasze gratulacje. Teraz jesteś artystką". I rzeczywiście Lily zostaje artystką. Pewnego dnia otrzymuje zlecenie od najbogatszej kobiety w mieście - Mary Ziemby. Ma namalować rodzinę bogaczki ze zdjęć, które Mary jej udostępnia. Lily pokłada w tym obrazie wielkie nadzieje - na poprawę swojej kondycji finansowej, zyskanie rozgłosu, poważniejsze zlecenia niż malowanie hydrantów czy szyb wystawowych. Kiedy obraz jest już właściwie skończony, sytuacja nieoczekiwanie komplikuje się. Dzięki pracy przy obrazie i temu, co wydarzy się po jego ukończeniu, Lily odkrywa ważną prawdę o sobie, o rodzinie, roli innych ludzi w naszym życiu. 
     "Lily"  to  powieść  pełna sentymentów, refleksji,  wspomnień,  z  pierwszoosobową   narracją,   delikatna i pełna ciepła. Nie znajdziemy tu gwałtownych zwrotów akcji ani porywającej fabuły. Znajdziemy za to odwołania do polskich korzeni bohaterki oraz innych postaci, noszących polsko brzmiące nazwiska. To powieść obyczajowa z gatunku takich, które skłaniają do zadumy nad własnym życiem.


poniedziałek, 7 maja 2012

"Córka grabarza" Joyce Carol Oates

Wydawnictwo: Aebis
Oprawa: twarda
Ilość stron: 572
Moja ocena: 5/6

"Córka grabarza" należy do tych lektur, które pozostawiają ślad w pamięci na długi czas, nawet, gdy już nie pamięta się szczegółów fabuły. Akcja tej psychologicznej powieści J. C. Oates rozgrywa się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, zaczyna w roku 1938 a kończy w latach 90 - tych XX wieku. Jednak główne zdarzenia zostały osadzone w przestrzeni czasowej od roku 1936 do lat  60- tych. Reszta to już tylko epilog z dość nieoczekiwanym zakończeniem. "Córka grabarza" to opowiedziana bardzo wnikliwie historia Rebeki - córki żydowskiego nauczyciela, Jakuba Schwartza, który wraz z rodziną ucieka z nazistowskich Niemiec do Stanów Zjednoczonych. Jego najmłodsza córka przychodzi na świat w momencie, gdy wiozący uchodźców statek przybija do wybrzeży Ameryki. Rebeka jest więc pełnoprawną obywatelką USA, co w oczach jej ojca ma zapewnić jej bezpieczeństwo i uchronić od prześladowań. Rodzina Schwartzów zamieszkuje w małej, zatęchłej chatce przy cmentarzu, na którym głowa rodziny dostaje upokarzającą posadę grabarza.
Powieść Oates to historia asymilacji żydowskiej rodziny, na której wojna odcisnęła boleśnie swoje piętno. Czy upływ czasu wymaże traumatyczne wspomnienia, czy pozwoli normalnie żyć i funkcjonować Schwartzom w nowym miejscu i w obcym kulturowo społeczeństwie? Jak potoczą się losy losy Rebeki, głównej bohaterki powieści i czy rzeczywiście fakt, iż urodziła się "tutaj", ochroni ja przed złem i krzywdą?
"Córka grabarza" to powieść, która zadowoli bardziej wymagających czytelników, szukających w literaturze  bogatego wachlarza różnorodnych, często skrajnych emocji i doznań, przedstawionych czasem z wręcz naturalistyczną prostotą i szczerością. To lektura , która skłania do wielopłaszczyznowych refleksji, pełna prawdy, czasem bardzo smutnej a czasem tchnącej optymizmem, o istocie ludzkiej natury, sięgająca w najgłębsze zakamarki duszy bohaterki, a poprzez to docierająca w głąb duszy co wrażliwszych odbiorców. Zachęcam do poznania Rebeki Schwartz i przeżycia wraz z nią jej historii.

piątek, 9 marca 2012

"Zapach spalonych kwiatów" Melissa De La Cruz

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2011
Oprawa: miękka
Ilość stron: 303
Moja ocena 5/6


Moje spotkanie z prozą Melissy De La Cruz było zupełnie przypadkowe. Przyznam, że zarówno autorka, jak i jej twórczość, były mi całkowicie nieznane. "Zapach spalonych kwiatów" pożyczyła mi siostra, która kupiła książkę, jak mniemam, przyciągnięta piękną, intrygującą postacią z okładki. Zabrałam się za czytanie i byłam miło zaskoczona do momentu, gdy do akcji wkroczyła miotła, na której jedna z bohaterek wzniosła się ponad miasto. Pomyślałam, że tego jednak za wiele i szkoda czasu na czytanie współczesnej baśni. Jednak, jako że mam w zwyczaju kończyć zaczęte książki bez względu na wszystko, i ta pozycja nie została odłożona na półkę. W ostatecznym rozrachunku nie żałuję, gdyż naprawdę  miło było przenieść się na dwa wieczory w świat czarów i magii, nieco inny do tego znanego z baśni czytanych w dzieciństwie. Bohaterkami "Zapachu spalonych kwiatów" są trzy czarownice - matka i jej dwie córki - mieszkające w miasteczku North Hampton, położonym na krańcu świata i nie widniejącym na żadnej z map. Każda z kobiet ma inną osobowość i inne, związane z nią umiejętności nadnaturalne. Najstarsza  - Joanna - potrafi ożywiać rzeczy martwe i uzdrawiać, ale tylko tych, których nie darzy miłością. Jej starsza córka - Ingrid - najspokojniejsza z kobiet należących do rodu Beauchamp, potrafi przewidywać nadchodzące wydarzenia, zaś jej młodsza siostra - Freya - ma dar wyczuwania ludzkich emocji. Wszystkie znają mnóstwo innych czarów i magicznych zaklęć, których jednak nie mogą używać, gdyż dawno temu wyrok Rady zakazał im magicznych praktyk, jeśli chcą żyć wśród zwykłych śmiertelników. Splot wydarzeń sprawi, że czarownice złamią zakaz.  Jakie będą tego konsekwencje dla samych bohaterek oraz dla mieszkańców miasteczka? Czy zlekceważenie wyroku Rady ujdzie im na sucho?
W opisie wydawnictwa czytamy enigmatyczne: "Trzy kobiety, dwóch mężczyzn, jedna tajemnica". Fabuła powieści, dążąca do rozwiązania owej tajemnicy, trzyma w napięciu, a zakończenie sprawia, że czytelnik chce dalszego ciągu. Mam nadzieję, że napisanie kolejnej części jest zamiarem autorki :) Polecam tę pozycję wszystkim Paniom mającym ochotę na oderwanie się od szarej rzeczywistości, przeniesienie się w świat kobiecych emocji, namiętności i tajemnic, okraszonych nutką najprawdziwszych czarów !

"Kod emocji" Jolanta Kwiatkowska

Wydawnictwo: MG
Oprawa: miekka
Ilość stron: 246
Moja ocen: 3/6

Dosyć miło i pozytywnie zaskoczona książką "Tak dobrze, że aż źle" pani Jolanty Kwiatkowskiej, sięgnęłam po kolejną powieść tej autorki. "Kod emocji" jednak przyniósł rozczarowanie i uczucie, którego bardzo nie lubię doznawać w trakcie czytania książki - zniecierpliwienie. Pomysł dosyć ciekawy, znaki interpunkcyjne jako metafora - tytułowy kod emocji - również trafne. Ale całość jakaś taka "przegadana", ze zbytnia ilością egzaltowanych wywodów, powtarzania oczywistych oczywistości, z bohaterami zbyt wyraźnie podzielonymi na dobrych i złych. 
"Kod emocji" to historia czterech kobiet - sióstr Uli i Zosi, polonistki Ireny i kosmetyczki Krysi. Ich losy łączy nie tylko przyjaźń, ale też splot rożnych dziwnych okoliczności. Niby wszystko w życiu może się zdarzyć i nie wymagam od literatury zachowania zasad prawdopodobieństwa, mimo to historia przyjaciółek z powieści pani Kwiatkowskiej nie przemówiła do mnie kompletnie, a "platanie nici osnowy i wątku w tkaninach życia" /opis wydawnictwa/ było momentami dosyć irytujące. Czasu przeznaczonego na lekturę nie zaliczam do straconego, ale nie sięgnęłabym po nią po raz drugi.

wtorek, 6 marca 2012

"Eve Green" Susan Fletcher

Wydawnictwo: Muza SA
Oprawa: miękka
Ilość stron: 264
Moja ocena: 5/6

Powieść Susan Fletcher przenosi nas w świat walijskiej wioski lat 70 - tych. Poznajemy prowincjonalną atmosferę Cae Tresaint oczyma ośmioletniej Evangeline, która po śmierci matki trafia na położoną na uboczu, na wietrznym wzgórzu, farmę swoich dziadków. Narracja w powieści jest prowadzona przez 29 - letnią już Eve, oczekującą narodzin swojego pierwszego dziecka. Jednak bez mała wszystkie retrospektywne zdarzenia dotyczą pierwszego roku pobytu dziewczynki w walijskiej wiosce, która od momentu przyjazdu sieroty z Birmingham, stanie się jej domem. Otoczona troską i miłością dziadków, niechętnymi spojrzeniami i złymi słowami pana Phippsa, dobrotliwą opieką Daniela, przyjaźnią Gerry'ego - Evangeline próbuje odnaleźć się w nowym miejscu i sytuacji. Co więcej, próbuje poznać swoją tożsamość, mroczną tajemnicę ojca, o którym nikt nie chce tu mówić, a po którym odziedziczyła bardzo jasną, irlandzką karnację, niebieskie oczy, piegi i burzę niesfornych, rudych loków. Pomaga jej w tym Billy - wiejski nieszczęśnik uznawany przez miejscowych za szaleńca oraz garstka pamiątek matki ukrywanych przez nią pieczołowicie w brązowym pudełku po butach.
Powieść Susan Fletcher to niechronologiczne wspomnienia z jednego roku życia zagubionej, ale odważnej dziewczynki, roku, który odcisnął piętno na całym jej życiu, nie tylko ze względu na osobiste przeżycia ale także przez wzgląd na wydarzenia, które w owym wstrząsnęły wszystkimi mieszkańcami Cae Treisant.
"Eve Green" urzeka formą, językiem pełnym sugestywnych opisów walijskiej surowej i pięknej przyrody, subtelnością uczuć, psychologiczną prawdą ale przede wszystkim niezwykłą perspektywą, z jakiej czytelnik ogląda przedstawiony świat  - perspektywą wspomnień z dzieciństwa pełnych zapachów, barw, na pozór mało istotnych szczególików, które dostrzec można tylko będąc dzieckiem. 29 - letnie Eve snuje przed nami swa opowieść misternie ale bez pośpiechu, tak jak się dzierga  koronkową serwetkę w zimowe wieczory przed kominkiem. Nie odsłania tajemnic od razu, rozwija wspomnienia powoli, tak, by czytelnik chciał wiedzieć więcej i więcej. Na pewno nie jest to więc pozycja dla zwolenników wartkiej akcji czy też humorystycznej narracji. Polecam wszystkim, którzy lubią podróże w przeszłość z odrobiną tajemnicy i wplecionym w to wątkiem kryminalnym.

czwartek, 16 lutego 2012

"Aneczka" Hanka Lemańska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Oprawa: miękka
Ilość stron: 223
Moja ocena: 3,5/6

Do lektury książki Hanki Lemańskiej zasiadłam z pozytywnym nastawieniem, zachęcona kilkoma przychylnymi opiniami czytelniczek. Niestety, powieść średnio przypadła mi do gustu. Co prawda, czyta się ją lekko i dosyć przyjemnie ze względu na prosty język oraz kilka zabawnych sytuacji i opisów. Jednak tytułowa bohaterka i zarazem narratorka była dla mnie postacią mocno przerysowaną, a jej "bezpłciowość", szarość i całkowite poddanie się we wszystkim woli matki i ciotek przez ponad 30 lat, irytujące, nieprawdziwe i wyjęte rodem z jakieś zamierzchłej epoki. Dlatego też nawet przemiana, jaką przeszła Aneczka (i nie tylko ona) również nie wypadła dla mnie przekonująco. Ciekawym pomysłem jest dosyć intrygująco wprowadzony do fabuły wątek kryminalny i w sumie tylko on sprawił, że chciałam wiedzieć, co wydarzy się dalej i jaka tajemnica kryje się pod zagadkowymi telefonami i zaginięciem zielonego płaszczyka. "Aneczkę" zaliczam do kategorii literatury niewymagającej zbyt wiele od czytelnika oraz przeznaczonej dla czytelnika niewymagającego zbyt dużo od literatury :)

środa, 8 lutego 2012

"Los Montes" Bertrand Godbille

Wydawnictwo: Muza SA
Oprawa: miękka
Ilość stron: 118
Moja ocena: 5/6

   Powieść francuskiego pisarza Bertranda Godbille'a to zamknięta w krótką, zaledwie 118 stronicową, formę, głęboka prawda o ludzkich uczuciach, namiętnościach, słabościach, sumieniu, winie i karze.
Głównym bohaterem i narratorem jest Francois Montfort, paryżanin, który w momencie, gdy go poznajemy, ma zaledwie 12 lat. Jest rok 1946 i chłopiec płynie wraz z matką na statku "Europa" do Chile, gdzie oboje mają rozpocząć nowe życie. Ojciec Francoisa zginął pod Dunkierką w roku 1940. W chilijskim porcie oczekuje na nich Franz - Niemiec, w którego hacjendzie Los Montes matka i syn mają zamieszkać. Francois, choć początkowo do końca nieświadom relacji, jaka łączy Niemca z jego elegancka i piękną matką, od samego początku ma poczucie odtrącenia, utraty wyłączności na matczyną miłość, wreszcie zazdrości. Godzi się na wyjazd do szkoły z internetem i chłodem karze matkę za to , że musi się nią dzielić z obcym mężczyzną. W szkole San Marco poznaje kolegów z różnych stron świata, odkrywa mechanizmy wojny, o których nie miał do tej pory pojęcia, pojmuje fakt, że jego ojciec zginął z rąk niemieckich żołnierzy. Podczas wakacyjnego pobytu w Los Montes przez przypadek dowiaduje się o prawdziwej tożsamości Franza i jest świadkiem erotycznego, niezbyt subtelnego zbliżenia Niemca i jego ukochanej matki. Wszystko to nie pozostaje bez wpływu na psychikę chłopca. Francois pod wpływem chwili podejmuje decyzję, która odmieni bieg zdarzeń i los jego samego oraz bliskich mu ludzi.  
   Powieść Godbille'a czyta się jednym tchem, nie tylko ze względu na jej objętość, ale przede wszystkim na pełną psychologicznej prawdy, pozbawioną patosu narrację, wartką i szybko toczącą się akcję bez zbędnych opisów i oprawy. Dzięki temu historia Francoisa wydaje się wiarygodna i prawdziwa w swojej prostocie. A kończy ją refleksja, której fragment pozwolę sobie zacytować, gdyż jest ona świetnym podsumowaniem opowiedzianych wydarzeń, a zarazem jest uniwersalna i nie zdradza finału opowieści Godbille'a: "Nic nie wiemy o ludziach. Dzielimy z nimi zwyczajne chwile, ale nigdy nie mamy dostępu do głębi ich serc, na stacjach rozrządowych sumień, tam gdzie zawiązują się węzły losu, pośród zwrotnic spotkań i miłości, rozstań i nienawiści. Wszyscy żyjemy równolegle, lecz każdy oddzielnie, a z naszego życia i tak ostatecznie pozostają jedynie oficjalne daty w rejestrach stanu cywilnego, te niewymazywalne ślady." Gorąco polecam lekturę całości!

niedziela, 5 lutego 2012

"Paulina w orbicie kotów" Marta Fox

Wydawnictwo: Akapit Press
Oprawa: miękka
Ilość stron: 245

Przyszła kolej na powieść pani Marty Fox, która jest uznawana przez krytykę za „objawienie w powieści młodzieżowej".
"Paulina w orbicie kotów" to kontynuacja książek "Magda.doc" oraz "Paulina.doc", których główną bohaterką jest, młodziutka wówczas mama Pauliny, Magda. W trzeciej części Paulina jest już gimnazjalistką, która pewnego dnia rozpoczyna pisanie bloga słowami : "Mam dwóch tatusiów.". Prowokuje tym lawinę komentarzy, którymi czuje się zbulwersowana i urażona. Dlatego postanawia kontynuować rozpoczęte w wirtualnej rzeczywistości dzieło - prowadzi dalej swój blog, w którym opisuje zagmatwaną historię swojej rodziny, mamy Magdy i dwóch tatusiów: Łukasza Starszego i Młodszego.
Blogowe zapiski Palinki (tak mówią na nią mama i tata Starszy) czyta się bardzo przyjemnie, gdyż napisane są przystępnym językiem, pełne humoru, zakończone zabawnymi i niesamowitymi "Kocimi Wiadomościami". W swoich notkach bohaterka porusza wiele problemów bliskich nie tylko młodzieży, ale i ważnych dla rodziców, mianowicie: wzajemnych oczekiwań w relacjach rodzic - dziecko, dorastania, pierwszych, często szalonych miłości, nieodpowiedzialnych decyzji i  trudnych wyborów związanych z wkraczaniem nastolatków w dorosłość, wychowania i roli, jaką odgrywa w nim rodzina, wreszcie ogromnej potrzeby miłości, bliskości i akceptacji odczuwanej bardzo silnie przez młodych ludzi, którzy dopiero uczą się żyć i szukają swojego miejsca w świecie. Paulina, mimo skomplikowanej historii rodzinnej, okazuje się być szczęściarą, której dom nie jest idealny, ale pełen miłości i wzajemnego zainteresowania członków rodziny. Cennych refleksji dostarczają komentarze pod postami blogerki, w których jej rówieśnicy często, zbyt często, zadają pytania w stylu: "Czy ja śnię, czy to się dzieje naprawdę? Paula, Ty istniejesz naprawdę? W jakim mieście? Czy to prawda, że wami się tak rodzice interesują, że poświęcają swój czas, że nie wolą leżeć do góry dnem przed telewizorem?" Takich i podobnych refleksji  rówieśników Pauliny jest znacznie więcej. Z tego względu książkę można polecić śmiało nie tylko nastolatkom, ale również ich rodzicom, którzy być może dzięki lekturze spojrzą inaczej na potrzeby swoich dorastających dzieci.

Polecam strony związane z autorką i jej twórczością, a także z powieścią "Paulina w orbicie kotów":
www.paulina-w-orbicie-kotow.blog.onet.pl
www.marta-fox.blog.onet.pl

sobota, 4 lutego 2012

"Zapisywacze ojcowskiej miłości" Michal Viewegh

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Oprawa: miękka
Ilość stron: 219
Moja ocena: 5/6

"Zapisywacze ojcowskiej miłości" - tak siebie i swoją siostrę nazywa jeden z bohaterów książki Michala Viewegh.  Narratorów jest troje: ojciec, syn i córka Renata. Każdy z nich prowadzi swoje zapiski i dzięki temu poznajemy ważne momenty z życia praskiej rodziny pokazane z 3 punktów widzenia. Autor w groteskowy sposób przedstawia zwariowaną rodzinkę, w której największymi dziwakami są ojciec i syn. Ten ostatni, odkąd nauczył się pisać, owładnięty jest mania zapisywania wszystkiego, zawsze i wszędzie. co więcej swoją pasję najchętniej realizuje ... pod stołem. Ale geneza tego dziwactwa to już oddzielna historia. 
Pełna humoru, pisana prostym, czasem wręcz kolokwialnym językiem, powieść Michala Viewegh oprócz świetnej rozrywki dostarcza refleksji dotyczących funkcjonowania rodziny, ojcowskiej "małpiej" miłości do córki, problemów dojrzewania, które dotykają zarówno dzieci jak i rodziców, wreszcie schematów powielanych z rodzinnego domu. Mimo, ze opisana w książce rodzinka jest nieco zwariowana i dziwna, wielu z czytelników odnajdzie w niej jakieś rysy swojej rodziny. A cyniczne i chyba najbardziej zabawne zapiski syna, dostarczają sporej dawki humoru. Książka na jedno popołudnie. Polecam :)

piątek, 3 lutego 2012

"Tak dobrze, że aż źle" Jolanta Kwiatkowska

Wydawnictwo: MG
Oprawa: miękka
Ilość stron: 230
Moja ocena: 4,5/6

    Powieść "Tak dobrze, że aż źle" początkowo odstraszyła mnie tandetną okładką. Spodziewałam się "czytadełka", opowiadającego historię trzydziestokilkuletniej singielki, której wcale nie jest dobrze w pojedynkę. Czyli sztampowo. Historia opowiedziana przez panią Kwiatkowską zaskoczyła mnie pozytywnie tym, że oprócz problemu życia w pojedynkę, bycia singlem, czy też jak woli to nazywać główna bohaterka, Ola  - starą panną - dotyka także wielu innych uniwersalnych problemów :wielopłaszczyznowej tolerancji, przyjaźni bez względu na różnicę wieku, odnajdowania sensu życia w bezinteresownej pomocy innym ludziom.
    W pierwszoosobowej narracji, nie pozbawionej humoru, mającej formę pamiętnika, Ola opowiada historię mniej więcej roku ze swojego życia starej panny, niezależnej, samodzielnej, posiadającej własne mieszkanie, grono sprawdzonych przyjaciół, dobrze płatną i satysfakcjonującą pracę. Rytm życia Oli wyznacza obchodzenie nietypowych świąt odnalezionych przez bohaterkę w Nonsensopedii. Dziewczyna w wolnym czasie bawi się, spędza czas w gronie przyjaciół, podróżuje i na różne sposoby świętuje, wciągając w to swoich najbliższych, takie okazje jak: Dzień Przytulania, Dzień Karmienia Piersią, Dzień Zagrychy czy Święto Polskiej Zapominajki. I wielokrotnie towarzyszy jej, w tym beztroskim na pozór życiu, uczucie, że jest tak dobrze, że aż źle. Czy życie Oli zmieni się tak, że (parafrazując tytuł) będzie tak dobrze, że aż wspaniale? Jaką rolę w jej życiu odegrają Basia, Ludwik, wścibski sąsiad i niespełniona miłość z czasów liceum?
    Spotkałam się w jednej z recenzji tej książki z opinią, że wadą fabuły jest przewidywalność jej zakończenia. Ja nie miałam takiego poczucia. Zwłaszcza w końcowych partiach powieści z niepokojem wyczekiwałam końca, nie będąc pewną, czy historia Oli zakończy się zgodnie z moimi oczekiwaniami.
    Podsumowując, powieść pani Kwiatkowskiej czyta się lekko i miło (pomijając może zbyt , jak na mój gust, rozbudowane uzupełnienia dialogowe). Ale oprócz przyjemności książka dostarcza także okazji do refleksji i wzruszeń. A dla tych , którzy wzorem Oli chcieliby poświętować nieco częściej niż jest to ogólnie przyjęte, autorka zamieszcza na końcu wykaz nietypowych świąt w całym roku kalendarzowym.

czwartek, 2 lutego 2012

Wisława Szymborska (1923 - 2012)

Nagrobek
Tu leży staroświecka jak przecinek
autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek
raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup
nie należał do żadnej z literackich grup.
Ale też nic lepszego nie ma na mogile
oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.
Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy
i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę.


Wiersz pochodzi z tomu "Sól" z 1962 r

wtorek, 31 stycznia 2012

"Kredens pełen życia" Alexander McCall Smith

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Oprawa: miękka
Ilość stron: 180
Moja ocena: 5/6

Alexander McCall Smith to pisarz i prawnik pochodzenia szkockiego ale urodzony w Zimbabwe. Stąd zapewne tematyka i miejsce, gdzie rozgrywa się akcja serii jego opowieści o mmie Ramotswe, to właśnie Afryka, a konkretnie Botswana. "Kredens pełen życia" to kolejna z serii powieści, których główną bohaterka jest botswańska pani detektyw oraz jej przyjaciele. Bardzo żałuję, iż sięgając po tę pozycję, nie wiedziałam o tym, że biorę do reki kolejną książkę o mmie Ramotswe i będę śledzić jej losy nie od początku. Ale i tak lektura zrobiła na mnie duże i pozytywne wrażenie. To bardzo ciepła, pełna humoru i ciekawych refleksji historia kilku miesięcy z życia mmy Ramotswe, właścicielki malutkiej, dwuosobowej agencji detektywistycznej dla kobiet. Energiczna pani detektyw właśnie została narzeczoną mniej energicznego, ale za to o gołębim sercu, właściciela warsztatu mechanicznego - pana Matekoniego. Czas płynie, a narzeczony nie wspomina o ślubie, gdyż po pierwsze głowę zaprzątną mu spędzające sen z powiek problemy, a po drugie, nie należy do mężczyzn zbyt zdecydowanych... Jak potoczą się losy mmy Ramotswe i najlepszego mechanika w Botswanie? Kto i jakie sprawy weźmie w swoje ręce i pomoże im przybrać właściwy obrót?
    Barwne postaci z otoczenia głównej bohaterki, malowniczy świat mieszkańców południowoafrykańskiego państewka, o którym dotychczas miałam tylko mgliste pojęcie, wreszcie świetna, momentami zabawna , a momentami skłaniająca do przemyśleń, narracja - to główne atuty powieści McCalla Smitha. Czytelnik "Kredensu pełnego życia" wkracza wraz z bohaterką w zupełnie inny świat, w świat kobiecej, przekazywanej od pokoleń logiki i mądrości, a także w świat tradycyjnych wartości  tak odległego zakątka, jakim jest Botswana. A oto jedna z refleksji mmy Ramotswe podczas pierwszej wizyty u mmy Seeonyana: "Dom nie był duży - dwa maleńkie pokoje (...) ale podwórko było porządnie zamiecione, z kolistymi śladami po szerokiej miotle. Dobry znak: zaniedbane podwórze zwiastuje kobietę, której nie zależy już na przestrzeganiu tradycyjnych botswańskich wartości, a z doświadczenia mmy Ramotswe wynikało, że tacy ludzie z reguły są nieżyczliwi i niegodni zaufania. W ich duszach nie ma botho, które to słowo znaczy tyle co szacunek albo dobre wychowanie."(s.99)
    Dla tych, którzy chcieliby prześledzić losy botswańskiej pani detektyw od początku, podaję listę książek z tej serii wydanych w polskim przekładzie:
1. Kobieca agencja detektywistyczna nr 1.
2. Mma Ramotswe i łzy żyrafy.
3. Moralność dla pięknych dziewcząt.
4. Męska szkoła maszynopisania "Kalahari".
W sumie 5 z 13 napisanych przez autora. Pozostaje czekać na kolejne przekłady, a tymczasem   polecam lekturę opowieści o mmie Ramotswe i sama sięgnę po pozostałe jej części, tym razem, mam nadzieję, w odpowiedniej kolejności :)

niedziela, 29 stycznia 2012

"Oplątani Mazurami" Katarzyna Enerlich

Wydawnictwo: MG
Oprawa: miękka
Ilość stron: 125
Moja ocena: 4/6


Książka pani Katarzyny Enerlich to zbiór 18 króciutkich opowiadań, a raczej obrazków z życia ludzi, w taki czy inny sposób związanych z mazurską ziemią.Są one efektem pracy reporterskiej autorki oraz jej współpracy z mrągowskimi regionalistami. Zanim przybrały formę osobnej pozycji wydawniczej, były publikowane w pismach "Bluszcz" oraz "Natura i Ty", a także czytane przez panią Katarzynę na antenie Radia Planeta. Znajdziemy w nich głównie echo minionych, lepszych czasów skonfrontowanych przez autorkę z dzisiejszą erą daleko rozwiniętej technologii. Świat współczesnej cywilizacji, pogoni za karierą i wiecznego braku czasu przeciwstawiony zostaje leniwej, spokojnej egzystencji prostych ludzi z mazurskich wsi i miasteczek.  Opowiadania Katarzyny Enerlich to rodzaj sentymentalnej podróży, w czasie której czytelnik znajdzie na pewno moment i na refleksję, i na wzruszenie, niektóre historie bowiem mogą chwycić za serce lub potrącić czułe struny wspomnień z dzieciństwa, przywołać w pamięci na przykład chwile spędzane u dziadków na wsi, niekoniecznie mazurskiej. Znajdziemy tu także dyskretnie wpleciony rys historyczny, który pozwala spojrzeć z innej perspektywy na Mazury, postrzegane przez większość z nas jedynie jako krainę pięknych jezior, obszar rekreacyjno  - wypoczynkowy. Na koniec refleksja, którą autorka kończy ostatnią opowieść : "W tym świecie bez telewizora i szumu cywilizacji powróciła do mnie naturalna chęć obcowania i pisania o tym, co najzwyklejsze; czego nie da się kupić za pieniądze... Dziś mogę dokonywać pewnych wyborów, a jednak im więcej mogę mieć, tym mniej mi potrzeba"

niedziela, 22 stycznia 2012

Sebastien Ortiz "Panna Samotne Serce"

Wydawnictwo: Muza SA
Oprawa: miękka
Ilość stron: 155
Moja ocena: 4/6

Do napisania tej powieści zainspirował Sebastiena Ortiza film Alfreda Hitchcocka "Okno na podwórze". A konkretnie jedna z drugoplanowych, a może nawet epizodycznych postaci, grana w filmie przez Judith Evelyn - Miss Lonely Heart. Ta właśnie postać, której reżyser poświęcił w filmie zaledwie 7 minut, zaintrygowała i wzruszyła pisarza do tego stopnie, że postanowił napisać o niej książkę. Akcja zarówno filmu , jak i powieści Ortiza, rozgrywa się w Nowym Jorku, w dzielnicy Green Village w latach 50-tych XX wieku. Z ta różnicą, że w filmie Hitchcocka główne skrzypce gra fotograf, który przykuty na jakiś czas do wózka inwalidzkiego, zabija czas podglądaniem sąsiadów i przez przypadek odkrywa zbrodnię, zaś powieść "Panna Samotne Serce" to studium psychologiczne poświęcone w całości tytułowej bohaterce. Inne postaci i zdarzenia związane z morderstwem stanowią tylko tło dla pokazania kilku decydujących dni życia samotnej kobiety. Narratorem jest tajemniczy, nierzeczywisty obserwator, którego "punkt widokowy" znajduje się na "czwartej ścianie" podwórza. Jest on narratorem wszechwiedzącym, który zna nie tylko myśli i uczucia bohaterki, ale także fakty z jej przeszłości.Jego stosunek do bohaterki nie pozbawiony jest emocji i jakiejś dziwnej, nieokreślonej więzi.
Opowieść o Pannie Samotne Serce ukazuje rozpaczliwą potrzebę bliskości drugiego człowieka, której to potrzebie podporządkowane są wszystkie myśli i działania bohaterki. Pokazuje także, jak łatwo wpaść w błędne koło swoich kompleksów, lęków i niewiary w siebie. Panna Samotne Serce pogrąża się bowiem w marazmie, zamyka w czterech ścianach swojego mieszkania, w przekonaniu, że żaden mężczyzna nie zainteresuje się jej osobą. A przecież dzieląc czas wyłącznie miedzy pracę i dom, nie daje sobie szansy na to , by poznać kogokolwiek. Kiedy w końcu zdobywa się na odwagę i pewnego piątkowego wieczoru wychodzi do pobliskiego baru... Resztę historii zostawiam tym, którzy sięgną po tę pozycję zaintrygowani losem Miss Lonely Heart wykreowanym przez Sebastiena Ortiza. Powieść czyta się szybko, nietypowa  narracja jest na pewno jej atutem, a los bohaterki skłania do refleksji. Książka warta uwagi,nie tylko dla miłośników twórczości Hitchcocka. 

środa, 18 stycznia 2012

"Lucy Crown" Irwin Shaw



Wydawnictwo: Książnica
Oprawa: miękka, wydanie kieszonkowe
Ilość stron: 342
Moja ocena: 4/6

Mówiąc szczerze, mam bardzo mieszane uczucia po lekturze tej powieści. Początkowe rozdziały wywołały we mnie zniechęcenie i myśl, ze oto wpadło mi w ręce kolejne romansidło, ale szybko okazało się, że romans tytułowej bohaterki - Lucy Crown - skończył się równie gwałtownie i nieoczekiwanie, jak się rozpoczął. Reszta historii to już tylko konsekwencje pochopnych i zupełnie dla mnie niezrozumiałych decyzji Lucy i jej męża. Potem lawinowo wszystko w "rodzinie" (bo nie wiem, czy można to jeszcze nazwać rodziną) Crownów ulega degradacji i zniszczeniu.
Akcja powieści rozgrywa się w latach 40 - tych XX - wieku w Stanach Zjednoczonych. Bohaterów poznajemy w roku 1937 w trakcie wypoczynku w położonym nad jeziorem domku, gdzie 13- letni syn Crownów odbywa rekonwalescencję po przebytej ciężkiej chorobie. Rodzina z pozoru wydaje się idealna, ale romans z dwudziestoletnim korepetytorem syna, w który wikła się Lucy, bezwzględnie obnaża liczne rysy, a nawet pęknięcia na "kryształowym" związku państwa Crownów. Wzajemne oskarżenia, skrywane frustracje i kompleksy, nieumiejętność przyjęcia na swoje barki konsekwencji własnych czynów, wreszcie chyba niedojrzałość emocjonalna, zwłaszcza głównej bohaterki, sprawiają, że życie tej rodziny legnie w gruzach. W nocie wydawcy przeczytać można, że "Następstwo tego kroku odczują wszyscy (...) Najboleśniej wszakże dotknie to samą Lucy..." Zupełnie się z tym nie zgadzam, gdyż moim zdaniem, najbardziej w tej całej plątaninie egoistycznych posunięć i decyzji Lucy i jej męża Oliviera, ucierpi niczemu niewinny 13 - letni chłopiec. I to jego w tej całej historii było mi najbardziej żal.

piątek, 13 stycznia 2012

"Cztery życia wierzby" Shan Sa

Wydawnictwo: Muza SA
Oprawa: miękka
Ilość stron: 175
Moja ocena: 4,5/6

     "Cztery życia wierzby" to moje pierwsze spotkanie z prozą Shan Sa. Pierwsze i na pewno nie ostatnie, gdyż w kolejce czeka już "Aleksander i Alestria" tejże autorki.
"Cztery życia wierzby" to cztery opowiadania, których akcja rozgrywa się w Chinach w czterech różnych czasach - począwszy od XV wieku, a skończywszy na współczesności. Opowiadania nie mają tytułów, oznaczone są rzymskimi cyframi. Łączy je ze sobą motyw wierzby, która w chińskiej tradycji jest symbolem śmierci, ale i odrodzenia, a więc wiąże się także z podstawową wiarą buddyzmu - wiarą w reinkarnację. Bohaterka II opowiadania usłyszy od swojej niani, starej Li, słowa, które na zawsze zmienią jej sposób postrzegania świata: "Budzimy się w nowym życiu, żeby wypełnić nowy los: psa, kota, mężczyzny, kobiety, biednego, bogatego, króla lub żebraka. Wszystko zależy od zasług w naszym poprzednim życiu"(s.57).
     Opowiadania Shan Se, choć tematycznie od siebie różne, razem tworzą spójną całość: obraz zmian jakie zaszły na przestrzeni stuleci w "wiecznych Chinach", zmian nie tylko w życiu codziennym, ale w mentalności i kulturze. Pokazują jednak również trwałość i wartość dziedzictwa, pewnych tradycji zakorzenionych w chińskim społeczeństwie od wieków. Zarówno świat Czong Yanga, żyjącego w XV stuleciu, XVII-wieczna rzeczywistość, w której żyje bliźniacze rodzeństwo Chunning i Chunyi,  czas rewolucji maoistycznej 1966 roku, którą przeżywa Wen, czy wreszcie krótki epizod z życia Ajing we współczesnym Pekinie - przesycone są obecnością symboli, znaków, duchów i metaforycznych zdarzeń, jednym słowem - magią. Przedstawione przez autorkę losy bohaterów to historie ludzkich pragnień i dążeń, namiętności i słabości, rywalizacji i pragnienia wolności, wreszcie umiejętności dokonywania życiowych wyborów oraz zdolności do małych i wielkich poświeceń. Na wpół rzeczywisty, a na poły baśniowy świat opowiadań z tomu "Cztery życia wierzby" potrafi uwieść czytelnika i równocześnie skłonić do refleksji nad tym, jakie wartości są naprawdę ważne bez względu na czas historyczny.

piątek, 6 stycznia 2012

"Oskar i pani Róża" Eric - Emmanuel Schmitt

Wydawnictwo: Znak
Oprawa: twarda
Ilość stron: 78
Moja ocena: 6/6

    Przeczytałam dziś tę pozycję po raz drugi i po raz drugi tak samo wzruszenie ścisnęło mi gardło. Obok tej książki nie można przejść obojętnie. Na zaledwie 78 stronach, w 13 listach skierowanych do Pana Boga, a napisanych przez dziesięcioletniego, chorego na białaczkę chłopca, jest tyle mądrości i prawdy o życiu i śmierci, Bogu i  wierze, ile nie zawierają być może żadne opasłe, poświęcone tym zagadnieniom filozoficzne dzieła.
   "Oskar i pani Róża" to książka , który uczy nas radości z życia, pokory wobec śmierci, uczy nas szeroko pojętej wiary, nie tylko w Boga, ale w samych siebie, w naszą ludzką wartość i wyjątkowość, a także wiary w innych ludzi i szacunku dla nich. Uczy nas tego, jak bardzo jesteśmy sobie nawzajem potrzebni, zarówno w codziennym życiu, jak i  w obliczu choroby oraz nieuniknionej dla nikogo śmierci. To piękna lektura pozostawiająca ślad chyba w sercu wszystkich, którzy  ją przeczytali, skłaniająca do refleksji i dostarczająca wzruszeń. Obowiązkowa pozycja dla każdego!

"Kobieta, która czekała" Andrei Makine

Wydawnictwo: Muza SA
Oprawa: miękka
Ilość stron: 165
Moja ocena: 5,5/6

"Kobieta, która czekała" to moje pierwsze spotkanie z prozą tego autora. Pierwsze, ale czuję, że nie ostatnie. Ta niewielka objętościowo, ale jakże bogata w treść i napisana pięknym, obrazowym, literackim językiem, opowieść, zapadnie mi w pamięć ... i w serce.
Akcja powieści rozgrywa się w latach 70-tych, kiedy to Związek Radziecki znajduje się pod silnym wpływem reżimu komunistycznego. Narrator, a zarazem główny bohater utworu, to 26 - letni leningradzki intelektualista, dysydent, który wyjeżdża do na wpół wymarłej, ukrytej wśród lasów wioski Mirnoje w okolicach Archangielska. Celem wyprawy jest opisanie tamtejszych zwyczajów ludowych. Dotarłszy na miejsce, bohater pozna Wierę, która nada całkowicie inny sens jego pobytowi w syberyjskiej wiosce.
   Wiera bowiem okaże się niezwyczajną kobietą. To kobieta, która niczym wierna Penelopa, czeka na swojego ukochanego od 30 lat, od momentu, kiedy w ostatnim roku wojny jako osiemnastoletni chłopiec, został powołany do wojska. Ona miała wtedy lat 16, kochała zapewne swoją pierwszą, wielką miłością i złożyła sobie przysięgę, w której wypełnieniu trwa przez 30 długich lat . Obecnie Wiera pracuje jako nauczycielka w pobliskiej wsi, a cały swój wolny czas poświęca na opiekowanie się staruszkami, które, podobnie jak ona, straciły swoich bliskich w czasie wojny. W Mirnoje bowiem czas dla wielu ludzi zatrzymał się w momencie, gdy zakończyła się wojna, a wraz z jej końcem umarła nadzieja na odzyskanie ukochanych osób. Dla Wiery ta nadzieja, wbrew jej absurdalności, jest ciągle żywa. To dlatego ława w izbie jej domu ustawiona jest tak, by spoglądając przez okno, mogła widzieć rozstaje dróg.
   Od momentu pierwszego ujrzenia kobiety nad brzegiem jeziora, zaprzątnie ona całkowicie myśli bohatera, stanie się obiektem jego pożądania - nie tylko fizycznego, ale także, rzec można intelektualnego i uczuciowego. Młody pisarz będzie chciał za wszelką cenę zrozumieć Wierę, pojąc motywy, które kierowały nią w ciągu ostatnich 30, jego zdaniem "zmarnowanych", lat jej życia. Będzie chciał przeniknąć myśli i uczucia kobiety, która dla wszystkich wokół stanowi nieodgadnioną tajemnicę. Do czego doprowadzi bohatera ta obsesja, która nie pozwala mu wrócić do Leningradu i jakie skutki będzie ona miała dla Wiery? Czy "leningradzki intelektualista" zdoła udźwignąć ciężar tajemnicy wierności i zrozumieć sedno kobiecej natury?
   Powieść Makine'a można chyba określić mianem psychologicznej. To także analiza  społeczeństwa radzieckiego, z jednej strony zamkniętego kleszczami komunistycznego reżimu, przeciwko któremu buntują się miejscy intelektualiści, z drugiej zaś strony żyjącego jeszcze w wielu odległych miejscach tego ogromnego kraju, w cieniu dawno zakończonej wojny. Język, jak już wspomniałam na początku, mistrzowski, zarówno jeśli chodzi o klimatyczne opisy miejsc, jak i odczuć i refleksji bohatera - narratora. Polecam gorąco tę pozycję!

czwartek, 5 stycznia 2012

"Esperanza i jej święci" Maria Amparo Escandon

Wydawnictwo: Muza SA
Oprawa: miękka
Ilość stron: 304
Moja ocena: 5,5/6


   12 - letnia córeczka wdowy, Esperanzy Diaz z małego meksykańskiego miasteczka Tlacotaplan, trafia do szpitala na operację migdałków. Zabieg jest nieskomplikowany i dziewczynka szybko powraca do zdrowia. W dniu, gdy Esperanza ma odebrać Blankę ze szpitala, okazuje się, że dziecko nie żyje. Tajemniczy wirus zabił dziewczynkę, a lekarze nie pozwalają Esperanzy zobaczyć ciała ze względu na ryzyko zarażenia śmiertelnym wirusem. Pogrążona w rozpaczy kobieta podczas stypy po pogrzebie córki doznaje objawienia. Na brudnej, zatłuszczonej szybie kuchennego piekarnika pojawia się postać San Judasa Tadeo. Święty przekazuje zbolałej matce informację, że Blanquita nie umarła i nakazuje jej szukać dziewczynki. To wydarzenie odmieni całkowicie poukładane i spokojne życie wdowy. Esperanza wyruszy bowiem w pełną przygód i niebezpieczeństw wyprawę, aby odnaleźć córkę, która w jej mniemaniu została porwana i sprzedana do domu publicznego. Bronią Esperanzy przeciwko złu świata będzie karton wypełniony santitos, czyli świętymi, zabranymi przez kobietę ku pomocy. Czy Esperanza odnajdzie swoją małą Blanquitę? Jak podróż po burdelach Meksyku i Los Angeles oraz barwna galeria napotkanych po drodze postaci, odmieni jej los i ją samą?
   Książka Marii Amparo Escandon to pełna magii, ciepła i sporej dawki humoru opowieść o sile matczynej miłości, wiary i nadziei. A także o tym, że wiemy o sobie tyle tylko, na ile nas sprawdzono, a podróż, jaką jest całe nasze życie, to nieustanne odkrywanie nie tylko świata, ale i samych siebie. Jaki w tym udział świętych? Ogromny, bo "przecież czasami święci potrafią zgotować komuś piekło tylko po to, żeby ten ktoś potrafił wreszcie docenić niebo!"/s.278/. Gorąco polecam!