środa, 18 stycznia 2012

"Lucy Crown" Irwin Shaw



Wydawnictwo: Książnica
Oprawa: miękka, wydanie kieszonkowe
Ilość stron: 342
Moja ocena: 4/6

Mówiąc szczerze, mam bardzo mieszane uczucia po lekturze tej powieści. Początkowe rozdziały wywołały we mnie zniechęcenie i myśl, ze oto wpadło mi w ręce kolejne romansidło, ale szybko okazało się, że romans tytułowej bohaterki - Lucy Crown - skończył się równie gwałtownie i nieoczekiwanie, jak się rozpoczął. Reszta historii to już tylko konsekwencje pochopnych i zupełnie dla mnie niezrozumiałych decyzji Lucy i jej męża. Potem lawinowo wszystko w "rodzinie" (bo nie wiem, czy można to jeszcze nazwać rodziną) Crownów ulega degradacji i zniszczeniu.
Akcja powieści rozgrywa się w latach 40 - tych XX - wieku w Stanach Zjednoczonych. Bohaterów poznajemy w roku 1937 w trakcie wypoczynku w położonym nad jeziorem domku, gdzie 13- letni syn Crownów odbywa rekonwalescencję po przebytej ciężkiej chorobie. Rodzina z pozoru wydaje się idealna, ale romans z dwudziestoletnim korepetytorem syna, w który wikła się Lucy, bezwzględnie obnaża liczne rysy, a nawet pęknięcia na "kryształowym" związku państwa Crownów. Wzajemne oskarżenia, skrywane frustracje i kompleksy, nieumiejętność przyjęcia na swoje barki konsekwencji własnych czynów, wreszcie chyba niedojrzałość emocjonalna, zwłaszcza głównej bohaterki, sprawiają, że życie tej rodziny legnie w gruzach. W nocie wydawcy przeczytać można, że "Następstwo tego kroku odczują wszyscy (...) Najboleśniej wszakże dotknie to samą Lucy..." Zupełnie się z tym nie zgadzam, gdyż moim zdaniem, najbardziej w tej całej plątaninie egoistycznych posunięć i decyzji Lucy i jej męża Oliviera, ucierpi niczemu niewinny 13 - letni chłopiec. I to jego w tej całej historii było mi najbardziej żal.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz